gazeta Gazeta
Janowiecka

Janowiec nad Wisłą, nr 81, marzec 2017 rok ISSN 1426-6288
Pismo Towarzystwa Przyjaciół Janowca nad Wisłą

MOJE PIERWSZE SPOTKANIE Z PRZYŁĘKIEM
czyli jeden dzień z życia pięćdziesięciolatka

Kto znajduje, źle szukał
Aglaja Veteranyi

Jeśli ktoś twierdzi, że znalazł to, czego szukał, to pytanie, co będzie robił dalej? Wszak życie to ciągłe poszukiwanie. Dokładnie tak dzieje się w chwili obecnej w moim życiu. Już prawie od roku zajmuję się genealogią swojej rodziny, co sprawiło, że dowiedziałem się więcej o sobie, poznałem nowych ludzi, a przede wszystkim odnalazłem tych, którzy już w moim życiu istnieli wcześniej, choć ja ich nie pamiętam. Do poszukiwań genealogicznych namówił mnie mój przyjaciel Piotr. Genealogia to ciągłe wykopaliska, które wymagają cierpliwości i staranności, ale jak już głęboko wsiąkniesz w temat, to radość z osiągniętych rezultatów jest nieoceniona. Wraz z odnajdywaniem przodków odkrywa się też miejsca z nimi związane.

W pierwszej kolejności zobaczyłem Kurdwanów i Sochaczew, czyli miejsca rodzinne mojego dziadka od strony matki Zygmunta Witalisa Migdy, a potem zaplanowałem przyjazd do Mszadli i okolic stron rodzinnych mojego drugiego dziadka - Jana Lachtary.

Pierwszy zaplanowany w okresie wakacyjnym wyjazd nie doszedł do skutku, podobnie jak i drugi planowany 1 października. Pomyślałem trudno. Ale już parę dni później nawiązałem kilka znajomości telefonicznych i zasypany zostałem tak dużą ilością informacji o rodzinie, moich przodkach i miejscach skąd pochodzą, że nieodparte pragnienie wyjazdu w te miejsca dało znów znać o sobie. Trzecie podejście zaplanowałem więc na 18 października. Wiedziałem, że jak już teraz nie pojadę, to kolejny wyjazd, ze względu na warunki pogodowe, będzie możliwy dopiero na wiosnę. Żałuję tylko, że ani Kamila, ani Małgosia (siostry mojego ojca) nie mogły ze mną pojechać, choć pewnie bardzo tego pragnęły, ale jak się później okazało mogłyby nie podołać trudom wycieczki, bo plany jak zwykle miałem wyjątkowo ambitne.

W przeddzień wizyty zadzwoniłem więc do osób, które koniecznie chciałem odwiedzić. Do pani Krystyny Wolskiej - autorki monografii o janowieckim cmentarzu, wójta gminy Przyłęk Pana Mariana Kusia oraz do pani Grażyny Biernackiej - kierowniczki USC w Janowcu. Zadzwoniłem też do parafii w Zwoleniu, gdzie udostępniono mi numer telefonu pana Wojtka, opiekuna cmentarza zwoleńskiego, na którym chciałem znaleźć dwa groby. Pan Wojciech niestety, nie mógł na gorąco powiedzieć, gdzie znajdują się groby, o które pytam, ale kojarzył, że nazwiska Lachtara i Rogala pojawiają się na cmentarzu. Prosił o cykliczny kontakt telefoniczny na wypadek gdyby znalazł coś na terenie nekropolii.

Następnego ranka wyruszyłem w podróż. Zazwyczaj przy takich wyjazdach mam ambitne plany, które w miarę rozwoju sytuacji są korygowane. Wiem, że nie zobaczę wszystkiego, co zaplanuję, ale zawsze nawet najmniejszy sukces uważam za zwycięstwo.

Delikatna jesienna mgła o poranku zwiastowała, jak się później okazało, niezwykle udany dzień. Po kilkudziesięciu minutach jazdy mgła opadła, a ja poczułem się jak w innym świecie. W miarę szybko dotarłem na przedmieście Radomia. Nie kierowałem się ani GPS-em, ani jakąkolwiek auto-mapą, po prostu jechałem na wyczucie. W Radomiu dojechałem do słynnego ronda ks. Jerzego Popiełuszki, o którym czytałem, że jest wiecznie zakorkowane (faktycznie tak było), po czym odpocząłem chwilę na pobliskiej stacji benzynowej. Stąd już prosta droga do Zwolenia i na tamtejszy cmentarz. Na miejscu byłem ok. 8.30.

Zwoleński cmentarz, jak na okoliczne warunki jest ponoć duży, ale jak na warszawskie - raczej kameralny. Kierując się wytycznymi otrzymanymi od Małgosi rozpocząłem poszukiwania. Grób po grobie szukałem tego, który chciałem znaleźć. Dość szybko, bo już po niespełna 30 minutach znalazłem dwa groby, o które mi chodziło. Grób mojej prababci Marianny Lachtary z d. Madejskiej oraz jej córki Marianny (Marii) Rogali z d. Lachtara, pochowanej w innym grobie wraz z mężem Antonim. Ponieważ oba groby leżą w miarę blisko siebie, to znalezienie ich nie zajęło mi dużo czasu. W trakcie poszukiwań zaczepił mnie pan Wojtek, pytając czyjego grobu szukam. Po mojej odpowiedzi stwierdził, że to chyba ja dzwoniłem wczoraj do niego, bo poznaje mnie po głosie. Nie po raz pierwszy ten charakterystyczny głos stał się moim znakiem rozpoznawczym J. Pan Wojtek pokazał mi jeszcze jeden grób kogoś z rodziny Madejskich, ale muszę sprawdzić, czy jest to ktoś z mojej rodziny.

nagrobek Marianny Lachtary z Madejskich

Kolejny kierunek mojej eskapady to Przyłęk. Po drodze roboty drogowe pozwoliły mi na chwilę odpoczynku i podziwianie pięknej okolicy. Tuż przed dziesiątą dotarłem do Przyłęka i zatrzymałem się przy miejscowym zakładzie fryzjerskim, przed którym stały dwie starsze panie. Wysiadłem z samochodu i poszedłem w ich kierunku. Krótka konwersacja miała następujący przebieg:
- Przepraszam, jak mam dojechać do siedziby gminy?
- Jeszcze zakład nie jest czynny.
- Przepraszam, ale ja pytam o budynek władz gminy?
- Zakład fryzjerski czynny jest dopiero od dziesiątej.

Oj! Ciężko było, ale w końcu udało mi się dowiedzieć jak dojechać do siedziby wójta gminy.

Prawdę powiedziawszy spotkanie z wójtem to był najważniejszy powód mojego przyjazdu w te rejony. Wójta - Mariana Kusia - poznałem dokładnie tydzień przed przyjazdem do Przyłęka. Odezwał się do mnie zaraz po liście, jaki do niego napisałem. Zasypał mnie ilością informacji, która prawdę powiedziawszy mnie przytłoczyła. Odbyliśmy kilka długich rozmów telefonicznych, po których stwierdziłem, że już nie mam innego wyjścia, jak pojechać i spotkać się z panem Marianem. Wójt okazał się człowiekiem niezwykle ciepłym i serdecznym. W trakcie naszej pogawędki opowiadał o Przyłęku, jego historii, atrakcjach. Mówił w tak ciekawy sposób, że dwugodzinna rozmowa szybko nam minęła. Co i rusz petenci próbowali przerywać naszą konwersacje, ale wójt zbywał ich mówiąc, że jest bardzo zajęty, bo ma gościa z Warszawy. Odniosłem wrażenie, że wręcz potrzebuje niekiedy porozmawiać na zupełnie inne tematy niż sprawy urzędowe, a wizyty takich osób jak ja są dla niego odskocznią od codzienności. Na koniec wizyty pan Marian zawiózł mnie do siedziby nowej biblioteki w Przyłęku, której uroczyste otwarcie nastąpiło raptem trzy tygodnie wcześnie. Budynek jeszcze pachniał świeżością. Wszędzie na korytarzu rozwieszone były plakaty promujące kampanię "Nie czytasz? Nie idę z Tobą do łóżka",

Nie czytasz? Nie idę z Tobą do łóżka

w której znane osoby promowały czytanie książek. W bibliotece zwiedziłem pracownię komputerową, czytelnię, w której uciąłem sobie krótka pogawędkę z pracującą tam panią, a na koniec wójt zaprowadził mnie do sali, gdzie cztery nauczycielki prowadziły dla młodzieży zajęcia pozalekcyjne. Na widok wchodzącego gościa uczniowie powstali. Zmieszałem się. Pierwszy raz znalazłem się w takiej sytuacji. Do tej pory to ja, jako uczeń wstawałem na widok innych wchodzących osób, a teraz? Poczułem się jak ważna persona, choć niejednokrotnie wcześniej traktowany byłem raczej jak persona non grata. Uczniowie raz jeszcze wstali, gdy razem z wójtem opuszczaliśmy salę zajęć. Na koniec zapytałem pana Mariana o drogę na Mszadlę i serdecznie pożegnałem się. Poczułem olbrzymią radość i satysfakcję z odwiedzenia tego miejsca.

Nie wiem, czym żył w tej chwili cały Świat, ale dla mnie całym Światem w tej chwili był Przyłęk.

Kolejny etap mojej podróży to Mszadla, a właściwie dwa miejsca - pomniki upamiętniające poległych w walce z niemieckim okupantem w czasie ostatniej wojny. W połowie drogi pomiędzy Przyłękiem a Janowicami, na małym skrzyżowaniu skręciłem w lewo, w drogę która prowadzi do Mszadli. Tuż za skrzyżowaniem po lewej stronie znajdują się zabudowania, na których (według opisu wójta) 28 czerwca 1943 roku doszło do rozstrzelania 17. osób. Zdarzenie to dokładnie opisane jest w monografii Przyłęka. Zatrzymałem się, aby zrobić kilka zdjęć pamiątkowych.

Mogiła

Ruszyłem dalej i po kilku minutach dojechałem do jedynego skrzyżowania, jakie znajduje się w Mszadli Nowej. Instynktownie skręciłem w prawo i dojechałem do budynku Ochotniczej Straży Pożarnej. Oczywiście nikogo tam nie było, bo to przecież ochotnicza straż, a strażacy-ochotnicy na codzień zajmują się innymi sprawami. Zadzwoniłem więc do pana Jarosława z OSP (kontakt otrzymałem od wójta) z prośbą o możliwość zobaczenia tablicy znajdującej się wewnątrz budynku straży. Obiecał, że pojawi się za kwadrans. Miałem więc trochę czasu, aby odnaleźć drugi pomnik. Kilka lat temu, z inicjatywy wójta gminy, stary zniszczony pomnik ofiar 19 grudnia 1942 roku zastąpiono nowym. Po drugiej stronie drogi, gdzie znajduje się pomnik mieszka gospodyni Sobaniowa, do której odesłała mnie pani Krystyna Wolska, autorka monografii o cmentarzu janowieckim. Cel wizyty był bardzo prosty. Pani Sobaniowa była w posiadaniu książki, napisanej przez Józefa Lachtarę (najmłodszego brata mojego dziadka Jana). Książka trudna do zdobycia, bo wydana w niewielkim nakładzie, za własne pieniądze autora, opisuje lata okupacji. Gospodyni odparła, że z chęcią mi ją pożyczy, ale wpierw musi spytać o zgodę męża, bo to on, tak naprawdę, jest jej właścicielem. Męża pani Sobaniowej - Eugeniusza nie było w domu, ale zanim się zdążyłem zorientować pani Sobaniowa wsiadła na rower i pojechała go szukać. Miałem chwilę dla siebie.

Z niosących się po pustkowiu odgłosów przodków moich...

Udzielił mi się sielski spokój okolicy. Pani Sobaniowa pojawiła się po paru minutach z informacją, że mąż się zgodził i od razu poszła po książkę. Niestety okazało się, że książki nie ma, prawdopodobnie pożyczyła ją synowa. I znowu jak strzała pomknęła po drodze... Rany boskie, tyle zachodu o jedną książkę, gdybym wiedział, że będzie z nią tyle kłopotów, to w ogóle nie poruszałbym tego tematu. Czy ci ludzie naprawdę nie maja nic innego do roboty, tylko szukać książki dla człowieka, którego widzą pierwszy raz w życiu? Coraz bardziej mi się tu podobało. Wkrótce się okazało, że zguba się znalazła i wreszcie miałem w ręku to, po co przyjechałem. Pożegnałem się z panią Sobaniową i pojechałem do remizy, na spotkanie z panem Jarosławem. Spotkanie bardzo krótkie, zobaczyłem płytę pamiątkową znajdująca się wewnątrz budynku i zamieniłem z rozmówcą kilka zdań na temat Mszadli i okolic. Pojawił się też na chwilę pan Eugeniusz Sobania, właściciel książki, którą pożyczyłem.

- Panie Eugeniuszu - zaufa mi pan i pożyczy tę książkę?
- A dlaczego miałbym nie zaufać. A jeśli pan chce i ma czas, to na końcu wioski mieszka pani Zofia Piwowarek, która o tamtych wydarzenia wie dużo więcej. Proszę ją odwiedzić.

Podziękowałem za wszystko i ruszyłem w drogę powrotną. Wiedziałem, że spotkanie z panią Zofią odłożę na kiedy indziej, bo i tak plan wycieczki miałem niezwykle napięty. Zrobiłem jeszcze kilka fotek opuszczonego budynku starej szkoły w Mszadli i pojechałem w kierunku Janowca.

Tuż przed Janowcem, pomiędzy miejscowościami Baryczka a Janowice, znajduje się zalew janowiecki. Położony jest na granicy województwa mazowieckiego i lubelskiego. To piękna okolica, a akwen ten w letnie miesiące jest atrakcją dla plażowiczów. Dotarłem do Janowca i pierwsze kroki skierowałem do Urzędu Stanu Cywilnego. Byłem tam blisko godzinę, a przesympatyczna pani Grażyna - kierowniczka Urzędu - wykazała się niezwykłą uprzejmością i cierpliwością. Odnalazłem kilka interesujących mnie dokumentów i uzyskałem informację, gdzie powinienem szukać innych, które mnie interesowały. Wychodząc z Urzędu kątem oka zerknąłem na rynek janowiecki, ale wiedziałem, że nie mogę sobie pozwolić na jego zwiedzanie. Gdybym zaczął to robić, w ogóle bym stąd nie wyjechał. Kolejny przystanek to cmentarz janowiecki, na którym odwiedziłem dwa groby z nazwiskiem Lachtara, ale nie był to nikt z mojej najbliższej rodziny, a raczej dalsi krewni. Przewodnik po cmentarzu autorstwa pani Krystyny Wolskiej jest dobrze opisany, dlatego też poruszanie się po tej nekropolii było stosunkowo łatwe. Właśnie planowane spotkanie z panią Krystyną było moim ostatnim punktem odwiedzin Janowca, ale niestety do niego nie doszło. Być może nieprecyzyjnie ustaliliśmy termin spotkania.

Góra Puławska - mała miejscowość przed Puławami - była ostatnim miejscem mojej podróży. Tu, zgodnie z wytycznymi Małgosi, miałem poszukać Adama Lachtary - syna Antoniego Lachtary. Małgosi urwał się z nim kontakt telefoniczny i chciała go odnowić. Wskazówka dotycząca poszukiwań była dość prosta - miałem zapytać o Lachtarów, ot i tyle. Cudownie! Zatrzymałem się przy małym barze na głównej drodze prowadzącej do Puław. Wszedłem do środka. Oho! Istny Mordor. Przy jednym stoliku zamyślony starszy jegomość, nawet nie zwrócił uwagi na wchodzącego, a przy drugim trzech młodych chłopaków z wesołymi minami. Specyficzny zapach wnętrza baru był mieszaniną oparów alkoholu z ciepłym powietrzem grzejnika elektrycznego. Kogo tu zapytać, pomyślałem? Z dylematu wybawiła mnie właścicielka lokalu, której krótko opisałem cel mojej wizyty.
- Chłopaki, gdzie mieszkają Lachtary?

Po chwili jeden z nich dokładnie opisał w jakim kierunku mam się udać. Opis był na tyle "precyzyjny", że trafiłem do sąsiadów Adama, ale chwilę później pukałem już do drzwi właściwego domu. Ciekaw byłem, jak będzie wyglądało to spotkanie. Adam otworzył, a ja powiedziałem kim jestem. Przez chwilę milczał a potem zapytał?

- Wejdziesz?
- Tak, ale na krótko.

Nie chciałem, aby pierwsze spotkanie było zbyt długie. Chwilkę porozmawialiśmy, Adam pokazał mi jeszcze zdjęcia rodziny, zadzwoniłem do Małgosi z informacją, że "zguba" się znalazła i umówiliśmy się, że na wiosnę, kiedy będzie cieplej, Adam pokaże mi rodzinne miejsca. Zapadł zmierzch, a ja udałem się w drogę powrotną.

Wracając do Warszawy słuchałem radiowej "Trójki". W audycji promowano książkę "W cieniu Dżesera", opisującą badania polskich archeologów mieszkających w Afryce. W trakcie wywiadu padło takie zdanie:
Czym różnią się Afrykanie od Europejczyków? Afrykanie mają czas, a Europejczycy zegarki.

To zdanie idealnie pasowało do całej mojej podróży. Tego dnia przeniosłem się z miejsca, gdzie wszyscy żyją w niedoczasie, w miejsce gdzie na czas nikt nie zwracał uwagi. Poranna mgła i jesienna szaruga po zmierzchu były łącznikami pomiędzy jednym a drugim światem. Zmęczony, ale szczęśliwy wróciłem do domu.

Chciałbym serdecznie podziękować wszystkim osobom, które spotkałem i poznałem tego dnia, jak również tym, które mentalnie towarzyszyły mi w podróży. W szczególności dziękuję Kamili i Małgosi - siostrom mego ojca, wójtowi gminy Przyłęk panu Marianowi Kusiowi, mieszkańcom Mszadli Nowej, pani Grażynie - kierowniczce USC w Janowcu i Adamowi z Góry Puławskiej. Podziękowania również dla Sławka z Łodzi, którego hipotezy są istnym katalizatorem motywującym mnie do dalszych poszukiwań.

A nade wszytko pragnę podziękować mojej ukochanej Beatce, która cierpliwie znosi moje genealogiczne fanaberie.

Paweł Lachtara
Warszawa, październik 2016

| Aktualności | Siedziba | Zarząd | Zadania | Kalendarium | Działalność | Wydawnictwa | Notatnik | Gazeta |
| Strony | Statut | Nagrody |
PowrótStrona główna
Kontakt!!!