gazeta Gazeta
Janowiecka

Janowiec nad Wisłą, nr 89, styczeń 2019 rok ISSN 1426-6288
Pismo Towarzystwa Przyjaciół Janowca nad Wisłą

 
 
W S P O M N I E N I A

RODZINA LACHTARÓW Z MSZADLI (cz. I)

Podsunięty przez wiceprezesa zarządu Towarzystwa Przyjaciół Janowca nad Wisłą pana Leszka Kwaska pomysł napisania historii mojej rodziny uważałem na początku za nierealny, by nie powiedzieć abstrakcyjny. Nie posiadałem przecież odpowiedniej wiedzy, a i warsztat pisarski pozostawiał wiele do życzenia. Podstawowe pytanie, jakie sobie zadawałem, to jaką formę ma przyjąć to opracowanie, co powinno zawierać i skąd mam czerpać potrzebne informacje. Jednakże w miarę zagłębiania się w historię i genealogię rodziny, a trwa to już blisko dwa lata, pomysł nabierał kolorytu. Podstawą zatem źródła mojego opracowania stały się przede wszystkim metryki pochodzące z janowieckiej parafii. Pracę tę uzupełniłem dodatkowo własnymi przemyśleniami i uwagami pana Sławomira Wilka, twórcy drzewa genealogicznego rodzin z terenów Parafii Janowiec, który ma w planach połączenie osób wymienionych w księgach tej i okolicznych parafii w jedną wielką rodzinę. Pragnę w tym miejscu podziękować panu Sławomirowi za cenne hipotezy i spostrzeżenia, bez których niniejsza praca nie doszłaby do skutku.
Autor
BRATERSTWO

W upalny wrześniowy dzień roku 1842, na janowieckiej nekropolii sześciu braci zebrało się na uroczystości pogrzebowej. Na przedzie przed trumną stał najstarszy z nich - 35 letni Józef, a obok niego w kolejności: Jan, Tomasz, Mateusz, Franciszek, a na samym końcu najmłodszy z nich, jedenastoletni Piotr. Siedem lat wcześniej pożegnali tu ojca - Franciszka, a dziś żegnają swoją matkę Katarzynę. Każdy z nich na swój sposób żegnał się z rodzicielką. Dla siedemnastoletniego Franciszka śmierć matki była dużym przeżyciem, ale jeszcze większym wstrząsem była dla niego śmierć ojca sprzed kilku laty. Mały Franciszek był oczkiem w głowie ojca, uwielbiał przesiadywać na jego kolanach i godzinami słuchać opowieści o powstaniu kościuszkowskim. Niezliczoną ilość razy prosił tatę o te opowieści, a ten nigdy nie odmawiał. Już na pamięć znał cały szlak bojowy ojca, od momentu wcielenia, poprzez chrzest bojowy, udział w obronie Warszawy, rany odniesione w bitwie pod Maciejowicami, na niewoli kończąc. Doszło nawet do tego, że mały Franek z czasem zaczął poprawiać ojca, gdy ten zapominał szczegóły zdarzeń. Dumny był z rodzica, a jego rany traktował jak relikwie. Matka nieraz karciła małego Franka, że nic tylko w głowie mu ojcowskie opowieści, ale wtedy ojciec stawał w obronie syna mówiąc: "Kobieto! Nie ma lepszej edukacji na świecie, niż rozmowa ojca z synem". Franciszek zapuścił się we wspomnieniach tak głęboko, że nie spostrzegł jak ceremonia pochówku dobiegła końca.

Nastały trudne czasy, w wielu rejonach Polski na wieś spadała klęska za klęską. Nastąpił kilkuletni okres nieurodzaju i głodu. Zaraza wybijała trzodę, ulewne deszcze zniszczyły zboże, w wielu rejonach nastąpiła powódź. Niedożywieni chłopi zapadali na tyfus i dyzenterię. Jedynym pożywieniem stał się chleb i ziemniaki. Sytuacja taka dotknęła też dwory szlacheckie, ale tutaj recepta była prosta - egzekwowanie pańszczyzny od chłopów. Narastał konflikt. Nastroje wśród ludności chłopskiej pogorszyły się, do tego stopnia, że duża część włościan gotowa była do buntu.

Nastał luty 1846 roku, miesiąc po szczodrym wieczorze1, bracia spotkali się w karczmie w męskim gronie. Dotarły do nich informacje o szykujących się rozruchach w Wielkopolsce i Galicji. Dwudziestoletni już Franciszek, inicjator spotkania, usilnie przekonywał braci do czynnego udziału w buncie:
- Z każdym dniem jest coraz gorzej, nasze rodziny głodują. Nie możemy tak siedzieć bezczynnie i nic z tym nie robić - zaczął Franciszek.
- A jakie widzisz wyjście? - zapytał Mateusz.
- Na południu w Galicji już wrze, w Wielkopolsce tak samo. A my tylko siedzimy i czekamy, nie wiadomo na co. Trzeba się skrzyknąć z innymi chłopami i walczyć o swoje. Jeśli nie chcecie to sam pójdę - krzyknął Franciszek.
- Nie o to chodzi, że nie chcemy, tylko powinniśmy to przemyśleć - odparł Mateusz.
- Jak widzę, brak wam odwagi - odrzekł Franciszek.
- Franek! - odezwał się tym razem Tomasz - czego jak czego, ale odwagi to nam nie brakuje. Pamiętasz nauki ojca? Pamiętasz jak mówił, że mamy dwa główne obowiązki, jeden to walka o poprawienie bytu, a drugi to zapewnienie bezpieczeństwa rodzinie. I oba są równie ważne i miarkować musimy, który w danej chwili jest ważniejszy. Niecałe dwa miesiące temu ożeniłeś się i teraz bez chwili namysłu chcesz powiedzieć Rozalii, że masz ważniejsze sprawy na głowie?
- A idźcie wy wszyscy do ... - Franek nie dokończył zdania i wybiegł z gospody trzaskając drzwiami.

Pozostali bracia milczeli przez dłuższą chwilę. Pierwszy odezwał się Józef:
- Nie powstrzymamy go, zawsze był narwany i gotowy do bitki.
- Dokładnie - zawtórował mu Mateusz - ale przecież wszyscy nie pójdziemy, pozostawimy nasze rodziny bez opieki?

Jan milczał, jak to zawsze miał w zwyczaju przy rodzinnych spotkaniach. Odzywał się tylko w wyjątkowych sytuacjach. Pozostali bracia wielokrotnie mieli mu za złe, że nie jest nazbyt aktywny w dyskusjach, że trudno uzyskać od niego jakieś deklaracje, że jest zbyt wstrzemięźliwy w podejmowaniu decyzji. Ale nie wiedzieli, co jest tego przyczyną.

Jan już od najmłodszych lat posiadał dar, którego przez wiele lat nie potrafił ani nazwać, ani zrozumieć. Posiadał dar widzenia aury osoby, na którą patrzył, dar widzenia emocji pozytywnych i negatywnych, a w niektórych sytuacjach nawet dar zobaczenia czegoś, co dopiero miało się wydarzyć. Przez długie lata nie radził sobie z tym, nikomu o tym nie mówił, myśląc że jest to jakieś przekleństwo. Raz tylko odważył się powiedzieć o tym ojcu, a ten poradził mu, aby nie bał się tego doznania, oswoił się z nim i korzystał z niego, ale nikomu o tym nie mówił, bo może być źle zrozumiany. Tak też uczynił. Zdarzały się przypadki, że wiedząc, co się wydarzy, mógł temu zapobiec, ale często bywało też tak, że mimo wiedzy był bezsilny.

Od dłuższego już czasu przyglądał się też braciom, a w szczególności młodszemu o dwanaście lat Franciszkowi. Widział jak Franek dorasta, jak chłonie wszystkie ojcowskie rady, jak zmieniał się jego charakter. Dostrzegł przy tym jak niebezpieczną drogę obrał, za bardzo chciał stać się taki jak ojciec, zbyt dużo było w nim zapału i emocji, a za mało rozsądku i rozwagi. Matka potrafiła go jeszcze utemperować, ale dziś już nikt nie miał na niego wpływy. Jan miał jeszcze nadzieję, że ożenek ostudzi zapędy Franka, ale i to jak widać nie pomogło. Spojrzał na braci i rzekł:
- Czasy są ciężkie i trudne. Możemy coś z tym zrobić i żałować, albo nic nie robić i żałować jeszcze bardziej. To prawda, że Franka nie powstrzymamy i prawda, że wszyscy pójść za nim nie możemy. Dlatego najlepiej będzie jak tylko ja pójdę za nim, a wy przez ten czas postarajcie się jakoś zająć naszymi rodzinami
.

Zawsze było coś niepokornego i buntowniczego w męskich przodkach mojej rodziny, coś, co powodowało, że w ciężkich sytuacjach nie bali się podjąć trudnych decyzji, ale też niejednokrotnie doprowadzały one do tragedii. Nie wiemy jak potoczyły się wydarzenia w pamiętnym roku 1846 i w latach późniejszych, wiemy tylko, jaki był tego finał. Jan trafił do sandomierskiego więzienia, w którym wytrzymał tylko kilka miesięcy, ale nie wykluczone też, że został w nim stracony. Dnia dwunastego sierpnia tysiąc osiemset czterdziestego szóstego roku ksiądz parafii janowieckiej zapisał w księdze zgonów akt zgonu Jana. Uczynił to na polecenie Sądu Policji Prostej okręgu kozienickiego numer trzy tysiące dwieście sześć z dnia trzeciego sierpnia tysiąc osiemset czterdziestego szóstego roku. Zgon Jana zgłosiło dwóch strażników więzienia sandomierskiego , którzy przed księdzem parafii sandomierskiej oświadczyli, iż dnia dwudziestego drugiego lipca tysiąc osiemset czterdziestego szóstego roku o godzinie ósmej rano umarł Jan Lachtara. Z najbliższej jego rodziny pozostała już tylko wdowa - Brygida z Jaskólskich i dwie z czterech córek - Marianna i Elżbieta. Ich los nie jest mi znany, być może po serii tragicznych wydarzeń postanowiły opuścić rodzinne strony.

Nieznane dla mnie są też losy Franciszka. Możliwe, że podobnie jak Jan trafił do więzienia lub też skazany został na ciężkie roboty, z których już nie powrócił. Niewykluczone, że zginął w lokalnych zamieszkach. Rozalia z Woźniaków, wdowa po Franciszku, w roku 1859 urodziła Jana - syna niewiadomego ojca. Dalsze ich losy nie są mi znane.

Czy poświęcenie braci poszło na marne? W pamiętnym 1846 roku na mocy ukazu cara Mikołaja zniesiono pańszczyznę w zaborze rosyjskim. W zaborze austriackim uczyniono to dwa lata później, co było pokłosiem powstania krakowskiego i rzezi galicyjskiej, ale do pełnej poprawy poziomu życia i praw obywatelskich włościanie musieli jeszcze trochę poczekać. Oczywiście opisany udział Jana Lachtary w powstaniu chłopskim jest hipotetyczny. Równie dobrze mógł trafić do więzienia z innego powodu.

--------------------------------
1. W tradycji słowiańskiej "szczodry wieczór" był zakończeniem okresu godów, które rozpoczynały się w pierwszym dniu Bożego Narodzenia, a kończyły w Święto Trzech Króli (przyp. autora).

Autor: Paweł Lachtara

Powrót

Powrót
strona główna TPJ
napisz!